Révolte. Bo bunt i niezależność ma się we krwi

 

Dziadek był z nami, nawet gdy już dawno go nie było. Na każdym z rodzinnych spotkań i to nawet dobre 40 lat po jego śmierci, pada jego imię. Komuś przypomniała się anegdota, ktoś inny wpadł na zdjęcie, czy dokument, rzucające zupełnie inne światło na tę postać.

Sama mam zaledwie parę wspomnień z dziadkiem. Jedno z nich pochodzi z czasów, gdy mam kilka lat i zbieram dla niego stokrotki w przydomowym ogrodzie.

Rodzina wspomina go z jednej strony jako dżentelmena, a z drugiej jako odważnego wizjonera. Człowieka zupełnie nieprzystającego do czasów, w których przyszło mu żyć. Miał swoją pracownię, tajne projekty, a że nie lubił się chwalić, a tym bardziej opowiadać o kolejnych pomysłach, uchodził za tajemniczego.

I to właśnie od niego zaczyna się historia Révolte. Bo bunt i niezależność ma się we krwi.

Podkarpacie, lata 40. Chłopak z dobrego domu z tradycjami postanawia wziąć sobie za żonę dziewczynę z sąsiedztwa. Mezalians! – krzyczy rodzina, ale dziadek już wtedy wie lepiej. Tuż po wojnie zaczyna studia ekonomiczne w Krakowie, a żonie otwiera w rodzinnej miejscowości prywatny sklep chemiczny. Absolwent ekonomii w nowym ustroju ma związane ręce. Nie ma giełdy, nie ma korporacji finansowych, a bank jest jeden. Może zostać co najwyżej urzędnikiem państwowym.

Dziadek szuka jednak własnej drogi. Szansa pojawia się wraz z odwilżą po śmierci Stalina. Przenosi się z żoną i pierworodnym synem do Krakowa i zaczyna projektować, a później produkować specjalistyczne urządzenia pomiarowe, których nie robi nikt w Polsce. Skąd dwudziestoparolatek bez żadnego doświadczenia inżynierskiego wiedział, jak zabrać się do produkcji tego typu aparatury, a przede wszystkim – jak wpadł na ten pomysł, do dziś nie wiadomo.

Nie zmienia to faktu, że szybko ma więcej zleceń niż rąk do pracy. Przy Wiślnej 4, w cichym zakładzie przy krakowskim rynku, powstają urządzenia do pomiaru temperatury wody chłodzącej pierwsze polskie reaktory atomowe, nazwane kuriozalnie „Marią” i „Ewą”. Dziadek zaopatruje polskie lotnictwo w aparaturę do pomiaru spalin w silnikach samolotów, a stocznie w Gdyni i Szczecinie zamawiają u niego urządzenia do pomiaru wilgotności i temperatury w ładowniach.

Okres prosperity nie trwa jednak długo. Wszak indywidualizm to zbrodnia. Władze są zaniepokojone faktem, że jedna osoba doposaża najważniejsze zakłady produkcyjne w kraju i połowę floty. Nakładają na dziadka wysoką grzywnę i limit wysokości miesięcznych zamówień, co doprowadza rodzinę na skraj bankructwa.

Tyle że na tym problemy dziadka z ówczesną władzą się nie kończą. Na Wiślnej znajduje się bowiem komplet aparatury niezbędnej na okręcie budowanym właśnie dla ZSRR. Oddanie statku się opóźnia, więc sprawa trafia do ówczesnego ministra przemysłu, któremu nie mieści się w głowie, że polski przemysł okrętowy, a w szerszym planie – i stosunki z Moskwą – są uzależnione od „jakiegoś prywaciarza z Krakowa”. Tym razem dziadek trafia do więzienia.

Wychodzi po pół roku i jak gdyby nigdy nic załatwia paszport. Oficjalnie: potrzebuje odpoczynku. Jakie naprawdę ma zamiary, rodzina dowie się wiele lat później. We wniosku pisze, że chce odwiedzić mieszkającego w Stanach brata, którego nie widział od lat. A że ma trójkę dzieci, władze nie robią mu większych problemów.

W podróż rusza z Gdyni na pokładzie pamiętającego dwudziestolecie międzywojenne statku Batory. Płynie pierwszą klasą, przechadza się po pokładzie w nienagannie skrojonych koszulach. Potem dowiemy się od znajomych, że został duszą towarzystwa i stawiał współpasażerom drinki.

Nie inaczej było i w Stanach. Dziadek szybko zaprzyjaźnia się ze śmietanką ówczesnej Polonii, w tym z jednym z doradców prezydenta Nixona. W prezencie przywozi żonie brata wymyślną lampę – gięta mosiężna nóżka, ceramika i szkło. Nawet rodzina nie wie, że to jeden z jego pierwszych autorskich projektów. Do Polski wraca z nowymi pomysłami.

Pasją dziadka zawsze były piękne przedmioty. Był niespotykanym w tamtych czasach elegantem, stałym klientem Mody Polskiej, a jego synowa (moja mama) do dziś wspomina, że to on podarował jej pierwsze w życiu perfumy i porządną torebkę. Żonie kupował z kolei biżuterię tak gustowną i ponadczasową, że dziś nosi ją już trzecie pokolenie kobiet.

Po powrocie do Krakowa, zamiast podkulić ogon i poszukać spokojnego zajęcia w urzędzie, dziadek rozkręca kolejny interes. Przebywając z Polonią zdał sobie sprawę, jak wiele osób ze starej, przedwojennej jeszcze emigracji, marzy o powrocie do kraju na starość.

Zaczyna więc pośredniczyć w zakupie ziemi w Polsce. Władzom nie spodoba się i to, trwa w końcu zimna wojna. Dziadek, jak to dziadek – zabiera się za realizację kolejnego szalonego pomysłu. Tym razem otwiera zakład oferujący ręcznie robione lampy jego projektu.

Art deco, bogate zdobienia, ceramika, mosiądz – lampy zupełnie nie przystają do szarej, PRL-owskiej rzeczywistości. Tutaj rządzą bloki z wielkiej płyty, meblościanki i klosze z drutu obciągniętego materiałem. Wkrótce po lampy zaczynają przyjeżdżać ludzie z całej Polski. W małym zakładzie na Wiślnej, rzęsiście oświetlonym i pachnącym żywicami, powstaje oświetlenie dla takich instytucji jak biblioteka Uniwersytetu Pedagogicznego czy siedziba banku PKO przy krakowskim Rynku. I choć dziadka już nie ma, jego lampy wiszą tam do dziś.

Gdy zaczynałam tworzyć Révolte, postać dziadka Dominika wracała do mnie raz po raz. Musiały minąć lata, bym nabrała przekonania, że niezależność i robienie rzeczy po swojemu to moje zalety, a nie wady. Po dziadku odziedziczyłam też zamiłowanie do rzeczy pięknych, precyzji i rzemiosła.

Jest jeszcze coś. Pierwszym miejscem, gdzie można kupić stacjonarnie dekoracyjne talerze Révolte jest hotel Europejski w Warszawie. Gdy decydowałam się na współpracę z HE Concept Store, nie wiedziałam jeszcze, że przed laty było to ulubiony hotel dziadka, w którym zatrzymywał się zawsze gdy przyjeżdżał do stolicy. Kolejny element układanki łączącej mnie z dziadkiem, którego tak naprawdę nigdy nie miałam szansy poznać.

 

Na zdjęciu powyżej: dziadek Dominik i moja mama.

Zobacz również